Zarejestruj się u nas lub też zaloguj, jeśli posiadasz już konto. 
Forum www.wieziennictwo.fora.pl Strona Główna

sss

Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu Forum www.wieziennictwo.fora.pl Strona Główna -> Więziennictwo
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat
Autor Wiadomość
aaa4
Gość



Dołączył: 13 Lis 2017
Posty: 4
Przeczytał: 2 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 11:10, 27 Lis 2017 Temat postu: sss

-Ty dobrze sie trzymasz, to dodaje mi sil.

-Kazdy musi umrzec. A po stu latach nikt nie bedzie sprawdzac, jak umierala wiekszosc ludzi. Najlepiej wiec umrzec, jak sie komu podoba.

Matka przyjaciela, siedzaca na krawedzi lozka, bez przerwy gladzila trupa po nogach. Jak wystraszony zolw wcisnela szyje gleboko w ramiona i nie reagowala na nasza rozmowe. Drobne rysy twarzy, splaszczonej i podobnej do jakiejs rosliny, okrutnie przypominaly zmarlego syna, byly martwe i zwiotczale i kojarzyly mi sie z topniejacym cukierkiem. Nigdy chyba nie widzialem twarzy, ktora by tak precyzyjnie wyrazala rozpacz.

-Jak Sarudahiko - powiedziala bez wyraznego zwiazku babka zmarlego.

Sarudahiko - to slowo mialo dla mnie nieuchwytnie komiczne brzmienie kojarzace sie ze wsia; zdawalo mi sie, ze przywoluje na pamiec jakies znaczenie, choc bardzo niejasne, lecz z powodu zmeczenia mozg zmienil sie w galarete i zaczal drzec, ale drzenie to nie powiekszylo sie i nie rozwinelo osnowy tego znaczenia... Nawet gdy potrzasnalem glowa na prozno, slowo "Sarudahiko" zatonelo w glebinach pamieci, niby ciezarek, nie zdolawszy zlamac pieczeci znaczenia.

I teraz w mojej glowie, gdy tak siedze trzymajac psa na dnie jamy, w ktorej zebralo sie troche wody, wyplynelo slowo "Sarudahiko" jako wyrazna odnoga zyly bliskich mi wspomnien. Wiazaca sie z tym slowem zamrozona od owego dnia galaretowata tkanka mozgu teraz sie roztopila. Sarudahiko, Sarudahikono mikoto w Amanoyachimata wital bogow zstepujacych z nieba. Reprezentantka grupy intruzow, Amenouzume, prowadzaca negocjacje dyplomatyczne z Sarudahiko, zebrala ryby, pierwotnych mieszkancow tego Nowego Swiata, chcac ustanowic tutaj wlasne rzady i mowiac "te usta nie odpowiadaja", otworzyla paszcze morskiego trepanga opierajacego sie jej w milczeniu. Nasz wrazliwy Sarudahiko dwudziestego wieku pomalowal sobie glowe cynobrem, byl wiec raczej pobratymcem trepanga, ktoremu rozcieto pysk. Na mysl o tym trysnely mi z oczu lzy, splynely po policzkach na wargi i spadly na grzbiet psa.

Na rok przed smiercia przyjaciel przerwal studia na uniwersytecie Columbia, wrocil do kraju i udal sie do szpitala z powodu lekkich zaburzen umyslowych. O lokalizacji tego domu dla umyslowo chorych i o tamtejszym zyciu przyjaciela nie wiem nic poza tym, co on sam mi powiedzial. Jego zona, matka i babka nie odwiedzaly tego szpitala znajdujacego sie podobno w okregu Shonan. Przyjaciel zabronil wszystkim bliskim odwiedzania go w tym zakladzie. A teraz nawet nie jestem pewien, czy ten szpital w ogole istnieje. Jednak, jesli wierzyc slowom przyjaciela, szpital ten nazywal sie Osrodek Cwiczenia Usmiechu, a ludzie tam zebrani przy kazdym posilku zazywali duze dawki srodkow uspokajajacych i w dzien i w nocy usmiechali sie wszyscy lagodnie, pedzac tu spokojnie swoj zywot. Szpital miescil sie w parterowym budynku podobnym do zwyklych pensjonatow nadmorskich spotykanych w Shonan; polowe budynku zajmowal tak zwany pokoj sloneczny. W ciagu dnia wiekszosc pacjentow rozmawiala z soba siedzac na licznych hustawkach ustawionych na rozleglej murawie. Zebrani w tym zakladzie pacjenci byli raczej podroznymi w czasie dluzszego postoju. Po zazyciu srodka uspokajajacego przypominali najlagodniejsze na swiecie zwierzeta i pedzili czas w pokoju slonecznym czy na murawie, wymieniajac ze soba przyjazne usmiechy. Swobodnie mogli wychodzic z domu, nikt z nich nie odczuwal, ze jest trzymany w zamknieciu, dlatego tez nikt nie probowal ucieczki.

Kiedy przyjaciel po tygodniu pobytu w Osrodku Usmiechu wrocil do domu po nowe ksiazki i zmiane ubrania, powiedzial, ze chyba sie przystosowal do tego dziwacznego miejsca szybciej i przyjemniej niz lagodnie usmiechajacy sie pacjenci, ktorzy znalezli sie tam wczesniej od niego. Jednakze minelo jeszcze trzy tygodnie, przyjaciel znow wrocil do Tokio, tym razem w jego usmiechu pojawil sie ledwie dostrzegalny smutek. Wtedy przyjaciel opowiedzial swojej zonie i mnie nastepujaca historie. Pielegniarz roznoszacy srodki uspokajajace i posilki byl mezczyzna brutalnym, wyczyniajacym straszne rzeczy z pacjentami, ktorzy bedac pod dzialaniem lekow nawet nie odczuwali zlosci. Na przyklad bez zadnego powodu uderzal w brzuch przechodzacego obok pacjenta. Poradzilem wtedy, aby sie poskarzyl dyrektorowi osrodka, ale przyjaciel odpowiedzial: - Gdybym cos takiego zrobil, dyrektor by pomyslal, ze z nudow klamiemy lub po prostu cierpimy na manie przesladowcza, lub jedno i drugie. Nikt chyba, przynajmniej na plazy w Shonan, nie nudzil sie tak jak my, poniewaz my wszyscy w wiekszym lub mniejszym stopniu jestesmy wariatami. Ponadto dzieki srodkom uspokajajacym ja tez w koncu dokladnie nie wiem, czy naprawde jestem zly, czy nie.

Lecz zaledwie po dwu, trzech tygodniach od tej rozmowy przyjaciel nie wypil przy sniadaniu srodka uspokajajacego, podobnie uczynil z porcja obiadowa i wieczorna, wylal je po prostu do ubikacji. I gdy nastepnego ranka poczul, ze ogarnia go gniew, zaczail sie na brutalnego pielegniarza - sam ucierpial wtedy niemalo, ale w koncu pielegniarza omal nie zabil. Od tego wydarzenia zaczal sie cieszyc duzym szacunkiem grzecznie usmiechajacych sie pacjentow, ale po rozmowie z dyrektorem musial to miejsce opuscic. Gdy wychodzil z Osrodka Usmiechu pomachawszy reka pacjentom, ktorzy odprowadzali go dobrotliwym, glupawym usmiechem, poczul sie tak gleboko zasmucony jak nigdy przedtem w zyciu.

-Doznalem takiego smutku, o jakim wspomina Henry Miller. Prawde mowiac, do tego czasu watpilem w prawdziwosc tekstu Millera: "Chcialem smiac sie razem z nim, ale smiac sie nie [link widoczny dla zalogowanych]
moglem. Zrobilo mi sie strasznie smutno, smutniej niz kiedykolwiek w zyciu." To znacznie wiecej niz zwrot stylistyczny. Jest jeszcze jedno wyrazenie, rowniez Millera, ktore odtad wciaz mnie przesladowalo: "Badzmy weseli, cokolwiek sie dzieje!"

Od pobytu w Osrodku Cwiczenia Usmiechu az do chwili smierci przez powieszenie sie nago, z glowa pomalowana na czerwono, slowa Millera byly swoista obsesja przyjaciela. "Badzmy weseli, cokolwiek sie dzieje!" Krotkie lata nazbyt wczesnego schylku zycia przyjaciel przezyl wyjatkowo wesolo, popadl nawet w pewien seksualny nawyk, oddajac sie temu szalenstwu z niezwykla namietnoscia. To wspomnienie powrocilo podczas rozmowy z zona, gdy przyszedlem do domu po uroczystej kremacji ciala przyjaciela, zmeczony i przybity. Zona, czekajac na mnie, pila samotnie whisky. Wtedy po raz pierwszy ujrzalem ja pijana.

Zaraz po powrocie do domu poszedlem do pokoju zony i syna. Wtedy dziecko bylo jeszcze w domu. Zapadl juz zmierzch, dziecko lezalo w lozku, patrzylo na mnie brazowymi oczyma absolutnie bez wyrazu, lagodnie, z takim spoko jem, z jakim moglyby patrzec rosliny, jesliby mialy oczy. Zony obok dziecka nie bylo. Potem odkrylem ja pijana w mroku biblioteki. Kiedy ja znalazlem, siedzaca na stopniu miedzy regalami, niby ptaka na chwiejacej sie galezi, utrzymujaca niepewna rownowage, poczulem sie zazenowany i wstyd mi sie zrobilo za samego siebie. Zona, wyciagnawszy whisky ze schowka pod schodami, gdzie ja ukrylem, pociagnela lyk wprost z butelki, potem pila po trochu bez przerwy. Nad gorna warga zebral sie tlusty pot; na moj widok cofnela sie do tylu jak mechaniczna lalka, ale wstac nie mogla. Jej oczy byly rozgoraczkowane i czerwone jak sliwki, a skora na szyi i ramionach, widoczna ponad ubraniem, byla szorstka, nierowna jak u gesi; cale cialo przypominalo chorego psa, ktory nerwowo gryzie trawe i zwraca ja z powrotem.

-Nie jestes chora? - zapytalem bez sensu.

-Nie jestem chora - odpowiedziala wyczuwajac w lot moje zaklopotanie i nie kryjac checi zakpienia ze mnie.

-To znaczy, ze jestes naprawde pijana.

Gdy usiadlem na wprost niej, wzrok moj przyciagnely drzace krople potu spadajace z krawedzi gornej wargi, kiedy poruszyla ustami. Uderzyl mnie jej nieprzyjemny oddech, pelen ciezkich [link widoczny dla zalogowanych]
oparow alkoholu. Zmeczenie zyjacego czlowieka, ktore przynioslem od loza smierci przyjaciela, znow przesycilo czernia wszystkie zakamarki ciala do tego stopnia, ze chcialo mi sie plakac.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu Forum www.wieziennictwo.fora.pl Strona Główna -> Więziennictwo Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1


Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB (C) 2001, 2005 phpBB Group
Theme TeskoRed created by JR9 for stylerbb.net & Programosy
Regulamin